piątek, 31 grudnia 2010

Życzenia noworoczne

W nadchodzącym roku 2011 chciałby życzyć sobie więcej wolnego czasu. Tego samego życzę wszystkim czytelnikom.

niedziela, 26 grudnia 2010

Dlaczego Janusz Palikot nie złoży mandatu

Janusz Palikot zapowiedział, że złoży mandat poselski do końca stycznia 2010 r. Zapowiedział też, że zrobi to tak żeby Tusk z Grasiem nie wiedzieli kiedy to nastąpi. Palikot nie chce dopuścić do tego, aby jego szoł zostało przysłonięte przez jakąś akcję typu walka z dopalaczami. Okazuje się, ze ta obietnica nie jest możliwa do spełnienia.

Janusz Palikot nie może złożyć mandatu 31 stycznia, bo wtedy pod koniec poprzedniego dnia Tusk z Grasiem wiedzieliby co się szykuje dnia następnego. Czy może więc złożyć mandat 30 stycznia? Nie może. Gdyby nie złożył go do 29-go, wtedy pod koniec dnia byłoby jasne, że musi złożyć mandat 30-go albo 31-go, ale wiadomo, że nie może złożyć mandatu 31-go, wiec pozostaje 30-ty. Z tego samego powodu nie może on złożyć mandatu również 29-go, ani innego dnia stycznia.

sobota, 27 listopada 2010

Wybory Samorządowe 2010 -wyniki

Przyznaję, zaskoczyła mnie stosunkowo wysoka frekwencja w wyborach samorządowych A.D. 2010. Kampania wyborcza przebiegała mało samorządowo. W opiniotwórczych dziennikach (np. Gazeta Wyborcza) dominowały informacje o tym jak bardzo Platforma wygrywa z PiS-em. A to, jak jedna z bardziej poważnych i "obywatelskich" partii potraktowała wybory i wyborców pokazałem na przykładzie tutaj

Przyznaję, że miałem duże problemy z podjęciem decyzji. Okazało się jednak, że społeczeństwo się zmobilizowało i poszło zagłosować. Nie wiem skąd oni czerpali informacje o kandydatach. Może ta kampania, której nie zauważyłem, odbyła się w jakimś miejscu znanym tylko wtajemniczonym? Może gdzieś gdzie nie bywam? Na Fejsbuku?


czwartek, 18 listopada 2010

Nowy podział władzy - zmiany systemowe

Wielkimi krokami nadciągają kolejne wybory - tym razem samorządowe. Nie będę tu pisał o tym, że uważam wybory samorządowe za porażkę, bo zamiast lokalnego charakteru stają się partyjną ustawką głównych sił politycznych. Ani o tym, że politycy są temu winni nie mniej niż media i elektorat biorący udział w owej ustawce. Chciałbym raczej skupić się na możliwościach, jakie pozostają wyborcy chcącemu podjąć odpowiedzialną i opartą na merytorycznych przesłankach decyzję.


Niezależnie od tego czy mamy do czynienia z wyborami prezydenckimi, parlamentarnymi, czy samorządowymi, najbardziej akcentowane są zazwyczaj zagadnienia niekoniecznie najważniejsze. Jednocześnie sposób prezentacji programów wyborczych ma charakter spotów reklamowych z pominięciem kwestii bardziej złożonych, które nie pasują do formy spotu. Można zauważyć, że nie tylko sposób prezentacji, ale też same programy maja taki charakter.


Można czasami natknąć się w sieci na quizy ułatwiające podjęcie decyzji wyborczej. Rozwiązujący go odpowiada na kilka pytań, a następnie dowiaduje się do której partii lub kandydata mu najbliżej. Gdyby zagadnienie potraktować poważnie, taki test mógłby być bardzo pomocny. Być może zamiast stawiania krzyżyka przy nazwisku, wyborca powinien odpowiedzieć na kilka testowych pytań, a odpowiedni algorytm obliczy stopień pokrycia poglądów wyborcy z programami partii i zliczy kolejne głosy. W ten sposób łatwiej byłoby skupić się nad konkretnymi problemami, nie przysłoniętymi przez szum medialno-piarowy.


Zaproponowane rozwiązanie ma wadę, na którą zwrócił uwagę jeden z moich kolegów. Nie ma żadnej gwarancji, że partia, która zwycięży w takich quizowych wyborach będzie realizowała deklarowany wcześniej program. Moja odpowiedź brzmiała: a teraz to niby jest jakaś gwarancja? Pod tym względem nowy system nie zmieniłby niczego. Zgadzam się jednak, że ta nieprzewidywalność może być irytująca.


Metoda quizowo-testowa może zostać udoskonalona, tak aby rozwiązać problem niewywiązywania się z przedwyborczych deklaracji. Czemu by nie zastąpić prawdziwych polityków botami, czyli programami realizującymi wyborcze deklaracje? Zamiast 460 posłów moglibyśmy mieć ustaloną z góry liczbę, wyłonionych w wolnych wyborach botów. Ważnym atutem tego rozwiązania oprócz niezawodności są niskie koszty funkcjonowania systemu.


System posiada słaby punkt, który należałoby dopracować. Co mianowicie zrobić z całą rzeszą polityków i ich krewnych, którzy w nowej rzeczywistości staliby się zbędni? Nie można ich tak po prostu wypuścić na miasto, gdyż groziłoby to poważnymi perturbacjami społecznymi, np. wzrost przestępczości, powstawanie gett, itp. Wydaje mi się, że i ten problem daje się łatwo rozwiązać. Bezrobotni politycy mogliby realizować się w „Tańcu z gwiazdami”, ,,Kropce nad i” oraz innych popularnych programach, których nie brakuje. Innymi słowy, to co proponuję, to rozdzielenie funkcji debatowo - rozrywkowej od ustawodawczej i wykonawczej.

niedziela, 14 listopada 2010

Wybory Samorządowe 2010

Wchodzę sobie na stronę PO z listą kandydatów do Rady M. ST. Warszawy. W okręgu nr 9 jest 13 nazwisk. Przy trzech są odnośniki do stron internetowych.

Klikam jeden - nie działa. Zostają dwa. Pod jednym jest pan w głupiej czapce, a pod drugim pani Danuta Majcher. Czytam program pani Majcher, a tam:


Mój program

Jako radna Rady m.st. Warszawy chciałabym się skupić na następujących zagadnieniach, które są mi bliskie i z którymi mam styczność na co dzień, również w pracy:
1. Edukacja;
2. Komunikacja miejska;
3. Polityka społeczna i ochrona środowiska.

A wygląda to tak.


No proszę, czyli można stworzyć program i opublikować go w internecie

sobota, 6 listopada 2010

Przegląd preprintów z arXiva

Poniżej subiektywny wybór kilku w miarę świeżych preprintów z arXiva w kategorii quantitative finance:

  • Alexander M. Petersen, Fengzhong Wang, Shlomo Havlin, H. Eugene Stanley, "Quantitative law describing market dynamics before and after interest-rate change",   arXiv:0903.0010v3
  • Lisa Borland, Yoan Hassid, "Market panic on different time-scales", arXiv:1010.4917v1
  • Yong Tao "Competitive market for multiple firms and economic crisis", arXiv:1010.1413v1

niedziela, 31 października 2010

Wszystkich Świętych

Pamiętam, że jako dziecko bardzo lubiłem dzień Wszystkich Świętych. Wieczorne wizyty na cmentarzu rozświetlonym palącymi się zniczami, a gdzieniegdzie wręcz dywanami zniczy, robiły wtedy na mnie za każdym razem wielkie wrażenie. Bardzo ważne było też to, że do roztopionego wosku w zniczach można było wkładać patyk. Taki patyk oblepiał się woskiem, który rósł na nim w postaci woskowej narośli w miarę powtarzania procedury wkładania patyka do znicza.

Obecnie ten dzień wywołuje u mnie inne, raczej mniej radosne, odczucia. Być może dlatego, że popularne kiedyś otwarte znicze zostały zastąpione przez lampiony zamknięte od góry przykrywką i moczenie patyka w wosku nie jest już takie łatwe. Poza tym wosk w zniczach był kiedyś kolorowy (bardzo często np. pomarańczowy). W tej chwili jest on raczej zawsze biały i przeważnie znajduje się w wymienialnym wkładzie.

piątek, 8 października 2010

Na wszystko przyjdzie pora


Od 16 lipca br. Unia Europejska nalicza Polsce „karne dni” (każdy kosztuje 40 tys. euro) za niewywiązanie się ze zobowiązania do redukcji ilości śmieci trafiających na wysypiska. (źródło: Gazeta Wyborcza)

Jak na razie temat nie wzbudza szczególnych emocji. Czekam jednak na moment, kiedy media na okrągło będą relacjonować nerwowe negocjacje polskiego rządu z przedstawicielami Unii, prośby o przesunięcie ostatecznego terminu, prośby o zmiany limitów itp. Warto jeszcze trochę poczekać i wstrzymać się od przedwczesnej paniki, aby móc być światkiem tego widowiska, a w ramach niego kosztownej kampanii reklamowej, w której celebryci będą zachęcać do segregacji odpadów, np. Krzysztof Ibisz wychodzący z siłowni i wrzucający butelkę po wodzie do specjalnego pojemnika. Jeśli kampania będzie udana, to być może zatoczy szersze kręgi i zagości również w intelektualnym centrum kraju – na wyższych uczelniach, na których raczej nie widuje się np. pojemników na makulaturę. Rozumiem, że np. na psychologii, czy innych kierunkach humanistycznych pojemniki na makulaturę są zbędne, bo tam niczego się nie wyrzuca, ale są jeszcze inne kierunki. No i właśnie o te inne kierunki mi chodzi jako człowiekowi, który jeszcze od czasu do czasu zagląda na uczelnie. A perspektywa wypromowania przez Krzysztofa Ibisza mody na zbieranie na uczelniach makulatury bardzo mnie cieszy.

niedziela, 26 września 2010

Balcerowicz o kryzysie


Z zainteresowaniem przeczytałem przedrukowany w Rzeczpospolitej 21.09.2010 r. wykład Leszka Balcerowicza pt. „Kryzys finansowy czy kryzys myślenia?” Pozwolę sobie rozpocząć tą standardową formułą, bo zainteresowanie moje tematyką jest jak najbardziej szczere, zwłaszcza gdy dotyczy opinii wygłaszanych przez znanych ekonomistów.

Wykład Leszka Balcerowicza jest wielowątkowy i w pewnej części wyraża dość popularne poglądy, z którymi się jak najbardziej zgadzam, a które sprowadzają się do stwierdzenia, że generalnie gospodarka oparta na własności prywatnej jest bardziej efektywna niż ta oparta na dominacji własności państwowej albo też, że „narastanie relacji wydatki budżetu/PKB [...] grozi kryzysem fiskalnym”. W pewnej jednak części autor prezentuje tezy wątpliwe, a także takie, które budzą mój zdecydowany sprzeciw. Poniżej zajmę się tymi ostatnimi, pozostawiając te wątpliwe badaniom i toczącej się dyskusji.

Zdaniem Balcerowicza główną przyczyną powstawania kryzysów jest interwencja władzy publicznej (państwa) w mechanizmy gospodarki wolnorynkowej. Winę za kryzysy ponosi więc „socjalizm” albo też jego domieszki istniejące we współczesnych systemach gospodarczych. Świadczą o tym poniższe cytaty:

[...] największe kryzysy i załamania gospodarki występują w systemach, gdzie władza polityczna (państwo) jest nieograniczona lub słabo ograniczona i – w konsekwencji – sektor prywatny i legalny, wolny rynek są całkowicie lub w dużej mierze wyparte. Skrajnym przypadkiem takiego systemu jest socjalizm. „

Również w kapitalizmie zachodniego typu (reprezentowanym przez kraje OECD) poważne kryzysy i załamanie gospodarki nie są wywoływane przez wolny rynek, lecz mają źródła polityczne.”

Wbrew antykapitalistycznej ortodoksji wolny rynek sam z siebie nie produkuje ani bardzo silnych “boomów”, ani – po ich załamaniu – długotrwałych spowolnień gospodarki. W obu przypadkach uważne badania odkrywają – często niewidzialną dla szerszej publiczności – rękę władzy publicznej.”

Aby obalić ten pogląd należałoby wskazać przypadek gospodarki kapitalistycznej i jednocześnie zupełnie wolnej od „socjalistycznych” domieszek, w której zaistniałby kryzys ekonomiczny. Po chwili zastanowienia należy przyznać, że jest to warunek nie do spełnienia. Jak się okazuje, nawet gospodarka USA jest skażona „socjalizmem”, a podobne zarzuty można też wysuwać wobec każdej innej. System „doskonale kapitalistyczny” nie istnieje w rzeczywistości, co więcej nie istnieje on również w teorii. Wobec tego, teza Balcerowicza okazuje się niefalsyfikowalna i jako taka powinna zostać odrzucona.

Przypuszczam, że krytykując interwencje władzy publicznej w mechanizmy wolnorynkowe, Leszek Balcerowicz nie neguje potrzeby regulacji rynków finansowych (np. sektora bankowego), a tylko sprzeciwia się tym nieadekwatnym i niewłaściwym. Istnieje więc gdzieś dobrze określona granica pomiędzy tymi właściwymi i niewłaściwymi i ktoś prawdopodobnie może ją znać. Podobnie rzecz się ma z polityką monetarną. Istnieje ta właściwa i ta niewłaściwa i gdzieś przebiega pomiędzy nimi granica. Nie jest tylko dla mnie jasne czy osoba, która ją zna już istnieje, czy dopiero ma nadejść i jak się ustrzec przed fałszywymi ekspertami w stylu Allana Greenspana.

Inaczej niż Leszek Balcerowicz uważam, że możliwość powstawania kryzysów jest na stałe wpisana w mechanizmy funkcjonowania gospodarki wolnorynkowej. Doświadczenie pokazuje, że kryzys często poprzedzany jest narastającą bańką spekulacyjną. Jak długo inwestorzy dysponujący wolnymi zasobami kapitału będą mogli lokować go w aktywa będące w wolnym obrocie, tak długo będą powstawać bańki spekulacyjne jako skutek pewnego rodzaju dodatniego sprzężenia zwrotnego. I bez większej różnicy jest tu czy mówimy o nieruchomościach, cebulkach tulipana, złocie, czy opcjach na kontrakty futures na złoto.

Oczywiście łatwość narastania bańki w dużym stopniu zależy od dostępności taniego pieniądza na rynku. Można mieć jednak wątpliwość czy polityka pieniężna może być właściwym i skutecznym narzędziem zapobiegania powstawania bąbli. Celem władz monetarnych jest dbałość o stabilność cen, a nie przekłuwanie powstających baniek. Do wyobrażenia jest sytuacja narastania niekontrolowanego spekulacyjnego boomu w jakiejś branży, przy jednoczesnym zachowaniu ogólnej stabilności cen. Czy w takim przypadku istnieją przesłanki zaostrzenia polityki pieniężnej?

Jestem przekonany, że jedynym efektywnym narzędziem służącym zapobieganiu kryzysom jest skuteczny system regulacyjno – nadzorczy, który między innymi będzie ograniczał rozlewanie się skutków pęknięcia bańki na inne sektory gospodarki. Zadanie stojące przed regulatorem jest trudne, zwłaszcza w czasach hossy, gdy panuje powszechna zgoda co do tego, że tym razem będzie inaczej. Nie można mieć też złudzeń, że uda się kontrolować wszystkie czynniki ryzyka i wyeliminować całkowicie groźbę gospodarczego krachu. Prace nad skutecznym nadzorem finansowym wydają mi się bardziej celowe niż snucie pseudonaukowych dywagacji na tematy utopijnych wizji „doskonale kapitalistycznej” i samoregulującej się gospodarki oraz „socjalizmu” będącego wyjaśnieniem wszelkiego zła w świecie ekonomicznych złożoności .

Czytając wykład Leszka Balcerowicza odniosłem wrażenie, że „socjalizm” stał się dla niego tym, czym dla Andrzeja Leppera jest Leszek Balcerowicz.


niedziela, 19 września 2010

Nowy fundusz indeksowy na polskim rynku

W tym miesiącu, w ofercie mBanku, pojawił się fundusz IPOPEMA m-INDEKS FIO. Jest to otwarty fundusz akcji, którego portfel ma odzwierciedlać indeks średnich spółek mWIG40. Oferta ta jest interesująca głównie z tego powodu, że na naszym rynku fundusze indeksowe nie są popularne.  Reklamujący go na stronie mBanku twierdzą, że jest to „pierwszy w Polsce otwarty fundusz indeksowy”.  Przyznam, że nie weryfikowałem tej informacji, ale jestem w stanie w nią uwierzyć.

Czym charakteryzuje się fundusz indeksowy? Właściwie całą filozofię można streścić krótko – chodzi o utrzymywanie portfela, który w sposób najwierniejszy odzwierciedla skład danego indeksu. Ponieważ zarządzanie takim funduszem jest bardzo proste, niemal automatyczne, fundusz indeksowy zazwyczaj pobiera za to mniejszą opłatę niż fundusze zarządzane aktywnie.  A co ze skutecznością? Istnieje pogląd, mający swoje poparcie w badaniach empirycznych  (B. Malkiel, Błądząc po Wall Street, Warszawa 2003), mówiący, że przeciętny fundusz inwestycyjny osiąga wyniki gorsze niż średnia rynkowa. Co więcej, wyniki z przeszłości pozostają bez związku z wynikami przyszłymi. Oznacza to, że nawet jeśli w danym roku jeden z funduszy osiągnie wynik lepszy niż rynek, to nie zwiększa to jego szans na powtórzenie sukcesu.  Podsumowując, można z powodzeniem powierzyć swoje pieniądze funduszowi zarządzanemu przez małpę wybierającą losowo spółki do portfela. Nie trzeba chyba dodawać, że małpa byłaby gotowa świadczyć swoje usługi jedynie za kilka bananów dziennie.

Braku funduszy indeksowych w ofercie polskich TFI nie można raczej tłumaczyć słabym zainteresowaniem klientów, gdyż wobec braku tych produktów na rynku, jedynym sposobem na stwierdzenie słabego zainteresowania byłaby jakaś forma badania sondażowego. Nie wierzę, że takie badania były prowadzone. Przyczyna raczej leży w niskich kosztach zarządzania, które sprawiają, że takie produkty dla TFI wydają się mało atrakcyjne.  Sytuację na naszym rynku funduszy można śmiało nazwać zmową cenową. Tak długo, jak długo nikt się nie wyłamie, będzie można utrzymywać wysokie koszty zarządzania.

Szkoda, że oferta TFI IPOPEMA nie obejmuje funduszy opartych o inne indeksy, np. WIG 20. Poza tym koszty zarządzania w wysokości 1,50% wydają się dosyć wysokie jak na fundusz indeksowy.  Niemniej jednak oceniam ją jako krok w dobrym kierunku, który być może doprowadzi w przyszłości do upowszechnienia tego typu instrumentów.